Oleśnickie króliki. Lokalna atrakcja czy bezdomne zwierzęta?

Zacznijmy od rzeczy podstawowej: oleśnickie króliki nie są naturalną populacją dzikich królików. Według lokalnych źródeł i organizacji zajmujących się tym problemem są potomkami zwierząt domowych porzuconych lub wypuszczonych przez ludzi, które zaczęły rozmnażać się w przestrzeni miasta. Właśnie od tego powinniśmy zacząć rozmowę o ich przyszłości.

Przez lata wydarzyło się coś osobliwego: problem stworzony przez człowieka został oswojony, zromantyzowany, a w końcu zamieniony w element miejskiego folkloru.

Króliki zaczęto przedstawiać jako symbol Oleśnicy i atrakcję turystyczną. W jednym z projektów budżetu obywatelskiego napisano wprost, że „stały się nie tylko atrakcją dla mieszkańców i turystów lecz również kolejnym symbolem Oleśnicy”. Za 60 tys. zł zaplanowano królicze płaskorzeźby – „oleśnicką wersję wrocławskich krasnali”. Projekt został wybrany do realizacji. Później pojawił się wart 80 tys. zł „Króliczy Skwerek” z platformami chroniącymi nory, domkiem, tubami, budką i tablicami dotyczącymi karmienia.

Sam pomysł poprawiania warunków zwierząt, które już żyją w mieście, oczywiście nie jest zły. Łagodzenie skutków nie powinno jednak zastępować rozwiązania przyczyny, a trwała obecność kolejnych pokoleń bezdomnych zwierząt nie powinna być przedstawiana jako coś pożądanego.

Wokół oleśnickich królików pojawia się przy tym (np. tutaj) określenie „wolno żyjące”. Można spotkać również argument, że skoro od wielu pokoleń rodzą się już w mieście, kopią nory i rozmnażają się bez bezpośredniej opieki ludzi, należy zaakceptować tę populację jako stały element miejskiego ekosystemu.

Sęk w tym, że zmiana nazwy nie zmienia historii tych zwierząt ani odpowiedzialności człowieka za powstanie tej populacji.

„Wolno żyjące”, długo cierpiące

autor: Jakub Hałun (licencja CC BY-SA 4.0)

Dobrze pokazują to koty. Zdziczałe potomstwo kotów domowych funkcjonujące bez opiekuna powszechnie określa się w Polsce jako „koty wolno żyjące”. Nie oznacza to przecież, że po kilku pokoleniach kot domowy staje się żbikiem czy rysiem, jego obecność w mieście nabiera naturalnego pochodzenia, a człowiek przestaje odpowiadać za ograniczanie niekontrolowanego rozmnażania, leczenie czy zapewnienie pomocy cierpiącym zwierzętom.

Określenie „wolno żyjący” może opisywać sposób życia zwierzęcia. Nie jest argumentem za tym, że taki sposób życia trzeba utrwalać.

Co ciekawe, bardzo podobną historię Polska już zna.

Pamiętacie nutrie z Rybnika?

autor: Kamil Czaiński (licencja CC BY-SA 4.0)

One również nie pojawiły się nad rzeką Nacyną za sprawą jakiejś naturalnej ekspansji z Ameryki Południowej. Ich obecność była konsekwencją działalności człowieka i hodowli tego gatunku. Z czasem rozmnażająca się populacja została zaakceptowana jako element miasta. Mieszkańcy przychodzili je oglądać i dokarmiać, ustawiono nawet poświęcone im tablice, a miejski portal w 2021 r. nazywał je „nieformalnymi maskotkami rybniczan”.

Brzmi znajomo?

Dzisiaj sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Nutria ma status inwazyjnego gatunku obcego, a Rybnik apeluje: nie dokarmiajmy wolno żyjących nutrii, ponieważ dokarmianie sprzyja dalszemu rozmnażaniu i utrudnia działania zmierzające do usunięcia ich ze środowiska (oczywiście jedynym akceptowalnym dla nas sposobem ich usunięcia jest odłowienie do azylu, gdzie spokojnie dożyją do naturalnej śmierci).

Oczywiście sytuacja nutrii i królików nie jest identyczna. Nutria jest dzikim gatunkiem obcym dla europejskiej fauny i podlega przepisom dotyczącym inwazyjnych gatunków obcych. Oleśnickie króliki są potomkami zwierząt udomowionych.

Identyczny jest jednak pewien społeczny mechanizm:

człowiek tworzy populację ➡️ zwierzęta zaczynają rozmnażać się bez kontroli ➡️ ludzie przyzwyczajają się do ich obecności ➡️ zaczynają je dokarmiać ➡️ populacja staje się lokalną ciekawostką albo maskotką ➡️ po latach zapominamy, że jej istnienie jest przede wszystkim skutkiem ludzkiego działania

„one żyją tutaj od lat i sobie radzą”

Zdanie: „one żyją tutaj od lat i sobie radzą” nie mówi właściwie nic o dobrostanie poszczególnych zwierząt. Populacja może istnieć przez dziesięciolecia, mimo że jej członkowie chorują, giną pod samochodami, padają ofiarą drapieżników, cierpią z powodu pasożytów albo umierają jako młode. Wystarczy, że rodzi się odpowiednio dużo kolejnych.

Dlatego też tak ważne są najnowsze informacje przekazywane przez Stowarzyszenie Oleśnickie Króliki.

Organizacja alarmuje o zakażeniach kokcydiami u badanych zwierząt. Podczas sekcji martwych królików obserwowano także powiększone i zmienione chorobowo wątroby, co może wskazywać na kokcydiozę wątrobową. Do ostatecznego rozpoznania potrzebne są oczywiście dalsze badania, ale już obecne wyniki pokazują, że problemu zdrowotnego nie wolno lekceważyć.

Chory królik nie musi wyglądać jak umierające zwierzę. Może siedzieć na trawniku, skubać trawę i świetnie prezentować się na zdjęciu. Kokcydioza może przez pewien czas rozwijać się bez spektakularnych objawów. To, że przechodzień widzi kilka biegających królików, nie jest żadnym pomiarem ich dobrostanu.

Przeżywanie części populacji nie oznacza zdrowia. Nie oznacza bezpieczeństwa. I przede wszystkim nie oznacza braku cierpienia.

Co będzie sukcesem Oleśnicy?

Dlatego sukcesem Oleśnicy nie powinno być to, że za 5, 10 czy 20 lat turyści nadal będą mogli fotografować kolejne pokolenia królików na miejskich trawnikach.

Sukcesem powinno być coś dokładnie odwrotnego: stopniowe zakończenie sytuacji, którą stworzył człowiek. Potrzebny jest kontrolowany odłów, diagnostyka weterynaryjna, leczenie, kastracje, zabezpieczanie zwierząt wymagających pomocy, domy tymczasowe i – tam, gdzie to możliwe – odpowiedzialne adopcje. Wszystko prowadzone według przemyślanego programu, we współpracy miasta, lekarzy weterynarii i organizacji mających doświadczenie w opiece nad królikami.

Zróbmy teraz prosty eksperyment myślowy.

Gdyby w centrum miasta od 20 lat mieszkała grupa porzuconych psów i ich potomków, naprawdę uznalibyśmy, że skoro mieszkańcy je polubili, a turyści robią im zdjęcia, należy stworzyć „psi skwerek”, postawić figurki i zadbać przede wszystkim o to, żeby ta niezwykła atrakcja pozostała z nami na następne dziesięciolecia?

Raczej zapytalibyśmy, dlaczego przez tyle lat nie rozwiązano problemu bezdomności tych zwierząt.

Z królikami powinno być tak samo. Bezdomność nie przestaje być bezdomnością tylko dlatego, że jest fotogeniczna.

Oleśnickie króliki nie potrzebują kolejnej miejskiej legendy o zwierzętach, które „świetnie sobie radzą”. Potrzebują uznania bardzo prostego faktu: to ludzie stworzyli tę sytuację i to ludzie są odpowiedzialni za jej humanitarne zakończenie. Podkreślamy: HUMANITARNE.

Miasto nie powinno przez kolejne dziesięciolecia zarządzać populacją bezdomnych królików jako elementem lokalnego folkloru. Powinno dążyć do tego, żeby kolejnych pokoleń bezdomnych królików po prostu nie było.

Garść linków