Amanda Musch – Wszystkich Świętych (cokolwiek to znaczy)

Człowiek już od zawsze miał na swoim punkcie – łagodnie mówiąc – fioła i ten stan osiągnął niesamowite wyżyny. Doszło nawet do tego, że człowiek uznał, iż jego śmierć jest czymś wyjątkowym, wręcz osiągnięciem. Tak jakby ludzka śmierć była wyjątkową śmiercią, lepszą od śmierci innych stworzeń, bardziej znaczącą, tragiczną – jakby tylko człowiek naprawdę umierał. Tak bardzo nam na tym punkcie odwaliło, że wymyśliliśmy sobie cały katalog słów oddzielający naszą śmierć – prawdziwą i jedyną – od śmierci gorszej, tej innych stworzeń.

Człowiek umiera, kona, zapada w wieczny spoczynek/sen, odchodzi, przemija. No i jest trupem lub ciałem.

Zwierzęta zdychają (według słownika to określenie tradycyjne, neutralne słownikowo (!), padają. I oczywiście nie mogą potem być ciałem lub trupem, o nie! Ludzkie trupy są lepsze, więc te zwierzęce nie moga być przecież takie same! Zwierzęta po śmierci są truchłami, padliną, ŚCIERWEM lub tuszą. Termin „zwłoki” już jest problematyczny, bo według niektórych zbytnio umniejsza ludzką śmierć. Jak się tak nad tym głębiej zastanowić, rodzi się pytanie: skąd u nas tyle kompleksów? Co my mamy w łbach, że czujemy się umniejszeni użyciem słowa „zmarł” w odniesieniu do zwierzęcia? I jest tak naprawdę, czy też ktoś nam wbił w łeb, że w ten sposób myśleć musimy?

Poszliśmy nawet dalej i uznaliśmy fakt umierania za uświęcający.

Od kiedy śmierć jest wyczynem? Każda istota na tej ziemi umiera, umierają również rośliny. Dlaczego więc człowiek po śmierci staje się automatycznie „świętym”? I co to w ogóle oznacza? Jakkolwiek brutalnie to brzmi, śmierć czeka każdego i nie jest ona wyczynem, lecz koleją rzeczy.

Tak, śmierć kogoś bliskiego i ukochanego jest okropna i smutna – nikt tego nie neguje. Tak, celebrujmy pamięć po ukochanych – to pomaga ukoić ból po stracie i tęsknotę. Ale nie róbmy z tego cyrku i nie odbierajmy godności innym bytom, które żyją obok nas. Dziwne, że to okazywanie szacunku innym istotom uważamy za umniejszające, nie jego odbieranie – to wiele o nas mówi. Czy naprawdę chcemy tacy być?

Tak bardzo zatracamy się w tragizmie ludzkiej śmierci, że kompletnie odlatujemy. Depczemy godność innych istot w samouwielbieniu i przekonaniu, że tak jest w porządku. Niektóre istnienia są dla nas tak małe i nic nie znaczące, że ich śmierć nawet nie przechodzi nam przez myśl, a jeżeli znajdzie się ktoś, kto o tym wspomni, uznawany jest za wariata. „Takie masz w życiu problemy?”. Nie chodzi o to, że nie ma się w życiu innych problemów, ale o to, że nie idzie się przez życie jak zakochany w sobie buc, lecz z empatią i świadomością, że nie jesteśmy tutaj sami i nie liczymy się bardziej.

W trakcie powodzi, huraganów, upałów, susz ani słowem nie napomyka się o innych istotach poza ludzkimi, które także cierpią z powodu tych zjawisk – nawet bardziej od nas. Dodatkowo one cierpią przez nas, bo to my rozwaliliśmy równowagę na tym świecie. Podczas tegorocznych susz było ciągłe gadanie o klimatyzacjach (to absolutnie nie pogłębi kryzysu klimatycznego…). Jasne, byle my mamy chłodno, problem z głowy! Ci tam na zewnątrz niech sobie zdychają. Klimatyzacja nie jest rozwiązaniem problemu upałów, lecz jedną z jego przyczyn. Skąd weźmiemy ten prąd, żeby zasilić klimatyzację dla każdego? Przecież to jest nierealne (i głupie). Podczas powodzi w 2024 roku ani słowem nie wspomniano o tysiącach istnień, które również straciły dom oraz życie. Ani słowem nie wspomniano o tysiącach małych istnień, które zamieszkiwały tzw. tereny zalewowe i straciły życie, bo ratowaliśmy nasze mienie. To był ich dom, one nie wiedziały, że te tereny mogą zostać w każdej chwili zalane. Ich życie zostało poświęcone dla nas, lecz w mediach na próżno szukać chociażby najmniejszej wzmianki na ten temat, za to aż roi się od zdjęć samochodów.

Wszystkie te istoty miały tylko to jedno życie, które dla nich było tak samo ważne jak to nasze jest dla nas.