Wojna ludzi ze zwierzętami

Dzisiejszy Dzień Praw Zwierząt, ustanowiony przez Klub Gaja dla upamiętnienia uchwalenia polskiej Ustawy o ochronie zwierząt z 1997 roku, powinien być przede wszystkim okazją do krytycznej refleksji nad rzeczywistą pozycją zwierząt pozaludzkich w naszym społeczeństwie. Choć już w pierwszym artykule ustawy zapisano, że zwierzę „jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą”, a człowiek jest mu winien „poszanowanie, ochronę i opiekę”, w praktyce nadal funkcjonujemy w świecie opartym na systemowej eksploatacji istot pozaludzkich.

Dinesh Wadiwel we wstępie do książki „The War Against Animals” opisuje relację człowieka wobec zwierząt jako formę permanentnej wojny prowadzonej przeciw istotom pozaludzkim. Nie chodzi wyłącznie o spektakularne akty okrucieństwa, ale o codzienny, znormalizowany system przemocy ukryty pod płaszczykiem produkcji, gospodarki, dobrostanu czy „humanitarnego” uboju. Wadiwel pokazuje, że nowoczesne hodowle przemysłowe i systemy zabijania zwierząt zostały zaprojektowane tak, aby maksymalizować wydajność, a jednocześnie ukrywać skalę cierpienia. Ta diagnoza jest szczególnie ważna, ponieważ pozwala zobaczyć, że problem nie sprowadza się do pojedynczych nadużyć, lecz dotyczy samego fundamentu relacji człowieka z innymi zwierzętami.

Oczywiście określenie „wojna ze zwierzętami” ani nie zostało przez Wadiwela wymyślone, ani nie jest tylko przez niego stosowane. Dość wspomnieć chociażby o Peterze Verneyu i jego wydanej pod koniec lat 70. książce „Homo Tyrannicus: History of Man’s War Against Animals” czy Stacy Banwell i jej książce z 2023 r. zatytułowanej „The War Against Nonhuman Animals. A Non-Speciesist Understanding of Gendered Reproductive Violence”.

Prawna ochrona zwierząt ≠ Prawa zwierząt

W tym kontekście trzeba powtarzać (co zresztą robimy od dłuższego czasu): prawa zwierząt nie są tym samym co prawna ochrona zwierząt. Zwierzęta mogą być chronione przez przepisy, a jednocześnie pozostawać całkowicie pozbawione realnych praw. Obecny system (ten karnistyczny Matrix) nie uznaje zwierząt za podmioty posiadające nienaruszalne interesy, lecz za istoty, które można wykorzystywać pod warunkiem ograniczania „niepotrzebnego” czy „zbędnego” cierpienia. Zwierzęta można więc legalnie hodować, więzić, gwałcić i zabijać — o ile odbywa się to zgodnie z procedurami określanymi mianem dobrostanu.

Dlatego pojęcie „dobrostanu”, którym szafuje się na prawo i lewo, jest po prostu językiem maskującym przemocową rzeczywistość. Trafnie zwrócił na to uwagę Dariusz Gzyra, proponując przed laty doskonały termin „złostan” — odnoszący się do tej części życia zwierząt, której nie sposób opisać jako dobrostanu, ponieważ wypełniają ją cierpienie, stres, lęk i chroniczna krzywda. Trudno mówić o dobrostanie w sytuacji, gdy miliardy zwierząt przez całe życie funkcjonują w warunkach podporządkowanych wyłącznie ludzkiej korzyści ekonomicznej.

fot. Farm Transparency Project

Debata o prawach zwierząt ma również ważny wymiar filozoficzny i polityczny, ponieważ dotyka samej idei praw jako takich. Prawa człowieka opierają się na założeniu, że każda osoba posiada przyrodzoną godność oraz podstawowe interesy, których nie można dowolnie naruszać. Nie są one nadawane przez władzę i nie mogą zostać odebrane wyłącznie dlatego, że ktoś jest słabszy, mniej wpływowy czy należy do innej grupy społecznej. Oczywiście zwierzęta nie są ludźmi i nie chodzi o mechaniczne kopiowanie katalogu praw człowieka, co nader często próbują wmawiać swoim wyborcom politycy antyzwierzęcych partii. Jednak fundament myślenia o prawach — uznanie, że zdolność do odczuwania i posiadanie własnych interesów mają znaczenie moralne — pozostaje niezwykle istotny również w odniesieniu do zwierząt.

Jak napisała dr hab. Dorota Probucka, prof. UKEN, odnosząc się do koncepcji Gary’ego Francione: „przynależność gatunkowa nie może być głównym wyznacznikiem określającym moralny status jednostki oraz zakres moralnej wspólnoty. Ludzi i istoty pozaludzkie łączy pewna więź dotycząca podstawowych interesów. Jeżeli uznamy, że interes w utrzymaniu życia i niebycia krzywdzonym czyli niebycia obiektem maltretowania, bicia itp. jest wiodący dla gatunku ludzkiego, a dążność ta jest obecna również u reprezentantów gatunków pozaludzkich, to nie istnieje wystarczająca moralna racja
na rzecz lekceważenia tej dążności i szanowania wyłącznie interesów gatunku Homo sapiens„.

Podobny kierunek myślenia odnaleźć można chociażby u Benjamina Zephaniaha w tekście „The lives of others„. Autor przypominał, że życie zwierząt jest dla nich tak samo ważne, jak nasze życie jest ważne dla nas. Zwracał też uwagę, że społeczeństwa bardzo często nie dostrzegają przemocy swoich czasów, ponieważ została ona znormalizowana i wpisana w codzienne praktyki ekonomiczne oraz kulturowe. To, co dziś wydaje się „naturalne”, przyszłe pokolenia mogą postrzegać jako moralny skandal — podobnie jak współcześnie oceniamy niewolnictwo czy inne historyczne systemy opresji.

Gdyby prawa zwierząt miały stać się rzeczywistością, konsekwencje byłyby daleko idące. Trzeba byłoby zakwestionować całe obszary gospodarki i kultury oparte na wykorzystywaniu zwierząt: hodowlę, myślistwo, wędkarstwo, rybołówstwo, część przemysłu rozrywkowego czy wiele form eksperymentów laboratoryjnych. Oznaczałoby to odejście od traktowania zwierząt jako zasobów i uznanie, że ich podstawowe interesy nie mogą być podporządkowane wyłącznie ludzkiej wygodzie, przyjemności lub zyskowi.

W tym wszystkim niezwykle ważna jest także uczciwość języka i sposobu mówienia o zwierzętach oraz naszych działań na rzecz zwierząt. To, jak opisujemy rzeczywistość, wpływa na to, czy potrafimy dostrzec przemoc wpisaną w codzienne praktyki społeczne. Eufemizmy takie jak „pozyskiwanie zwierzyny”, „humanitarny ubój”, „produkcja żywca” czy nawet bezrefleksyjnie używane pojęcie „dobrostanu” bardzo często służą zacieraniu realnego doświadczenia zwierząt — cierpienia, strachu, izolacji i śmierci. Uczciwa debata wymaga nazywania rzeczy po imieniu i unikania moralnego zakłamywania rzeczywistości. Jeśli zwierzęta są legalnie eksploatowane i zabijane dla ludzkich potrzeb, to nie można jednocześnie tworzyć wrażenia, że funkcjonują już jako podmioty posiadające realne prawa.

W tym świetle dość problematycznie brzmi chociażby nazwa Parlamentarnego Zespołu ds. Ochrony Praw Zwierząt. Trudno bowiem mówić o ochronie praw, które w rzeczywistości nie zostały zwierzętom przyznane. Tego rodzaju język tworzy iluzję moralnego postępu, sugerując, że podstawowy problem został już rozwiązany, podczas gdy nadal mówimy głównie o regulowaniu warunków eksploatacji. Znacznie uczciwiej byłoby mówić o działaniach na rzecz poprawy warunków eksploatacji czy ograniczania „złostanu”. Tym bardziej że część osób deklarujących troskę o „prawa zwierząt” jednocześnie aktywnie wspiera systemy i praktyki oparte na ich krzywdzeniu. Bez precyzji języka łatwo zamienić rzeczywistą refleksję etyczną w wygodną narrację, która pozwala społeczeństwu oraz jego politycznym reprezentant(k)om zachować dobre samopoczucie bez konieczności kwestionowania własnych działań.

W debacie o zwierzętach często pojawia się również tendencja do przedstawiania bardzo ograniczonych zmian prawnych jako historycznych przełomów, które rzekomo radykalnie poprawiają sytuację zwierząt. Tymczasem większość takich reform okazuje się co najwyżej niewielkim krokiem w dobrą stronę — i to krokiem obarczonym wieloma ograniczeniami. Nawet jeśli przepisy formalnie zwiększają ochronę zwierząt, ich realne znaczenie zależy od politycznej woli egzekwowania prawa, działań instytucji publicznych, interesów gospodarczych oraz społecznego przyzwolenia na dalszą eksploatację. W praktyce często okazuje się, że sukces ogłaszany jako „epokowa zmiana” pozostaje w dużej mierze symboliczny albo dotyczy wyłącznie marginalnego ograniczenia najbardziej widocznych, tych „spektakularnych”, form przemocy. Tym bardziej potrzebna jest ostrożność wobec triumfalistycznych, hurraoptymistycznych narracji sugerujących, że sytuacja zwierząt została już zasadniczo rozwiązana.

Jeśli miliardy zwierząt nadal rodzą się po to, by żyć i umierać w systemach podporządkowanych ludzkiej użyteczności, trudno mówić o prawdziwym przełomie — raczej o powolnym i niepewnym procesie przesuwania granic społecznej wrażliwości.

Czym zatem powinien być Dzień Praw Zwierząt?

Przede wszystkim Dzień Praw Zwierząt nie powinien być wyłącznie symbolicznym świętem ani okazją do moralnego samozadowolenia. Powinien raczej skłaniać do zadania podstawowego pytania: czy naprawdę chcemy budować świat, w którym interes silniejszego zawsze usprawiedliwia podporządkowanie słabszego? Bo dopóki zwierzęta pozostają własnością, surowcem, produktem i narzędziem ludzkich potrzeb, dopóty prawa zwierząt pozostają bardziej postulatem przyszłości (mniej lub bardziej odległej, ale jednak przyszłości) niż rzeczywistością.

fot. Philippa Willitts (licencja CC BY-NC 2.0)