Kto zostaje w piwnicy naszego Omelas?

W opowiadaniu amerykańskiej pisarki Ursuli K. Le Guin zatytułowanym Ci, którzy odchodzą z Omelas istnieje miasto niemal idealne (uwaga, będzie spolier, więc polecamy najpierw przeczytać opowiadanie). Piękne, dostatnie, szczęśliwe. Jego mieszkańcy nie są barbarzyńcami ani ludźmi pozbawionymi empatii. Przeciwnie: są inteligentni, wrażliwi, zdolni do miłości, troski i współczucia. Jest jednak jeden warunek ich szczęścia.

W piwnicy jednego z budynków zamknięte jest dziecko. Głodne, zaniedbane, samotne, żyjące w brudzie i strachu. Wszyscy mieszkańcy Omelas o nim wiedzą. Wiedzą również, że dobrobyt ich miasta ma zależeć właśnie od jego cierpienia.

Kiedy młodzi mieszkańcy widzą je po raz pierwszy, są wstrząśnięci. Czują gniew, obrzydzenie, niesprawiedliwość i bezsilność. Chcieliby pomóc. Potem jednak zaczynają poznawać argumenty. Uwolnienie dziecka miałoby zniszczyć szczęście całego miasta. Być może ono i tak nie potrafiłoby już normalnie żyć. Być może pomoc niewiele by zmieniła. Być może istnieją rzeczy ważniejsze.

Z czasem łzy wysychają. Mieszkańcy uczą się żyć ze świadomością krzywdy. Racjonalizują ją, włączają w porządek świata i dalej uważają się za ludzi dobrych, troskliwych i współczujących.

Przypomniało mi się Omelas, kiedy All Inclusive Film Festival poinformował o odwołaniu zaplanowanej rozmowy z Natalią Broniarczyk z Aborcyjnego Dream Teamu. Na festiwalu miała odbyć się także debata „Czy ryby naprawdę nie mają głosu? Prawa zwierząt w Polsce”, w której miały wciąć udział prezeska naszej Fundacji Monika Kohut, Julia Kamińska oraz Agnieszka Meller z Fundacji Dzikusy Salamandry.

Organizatorzy festiwalu pisali o inkluzywności, bezpieczeństwie, uwrażliwianiu na drugiego człowieka i tworzeniu przestrzeni, w której można się różnić. Jednocześnie, po zainteresowaniu Kanału Zero (a właściwie kogoś, kto podawał się za dziennikarza tego medium – kolejne działania to także robota oszusta), kontaktach z patronami i partnerami oraz zapowiedzi materiału reporterskiego, zdecydowali się wycofać z rozmowy o aborcji.

I nie chcę tego lęku organizatorów sprowadzać do tchórzostwa czy wygodnictwa. Mogę uwierzyć, że był autentyczny. Żyjemy przecież w rzeczywistości, w której regularnie docierają do nas informacje o osobach zaatakowanych dlatego, że mówiły innym niż polski językiem, miały „obcy” akcent, inną narodowość, kolor skóry, sposób ubierania się albo po prostu wyglądały tak, że komuś wydały się niepasujące do jego wyobrażenia o tym, kto powinien znajdować się w danym miejscu. Trudno całkowicie zlekceważyć możliwość, że medialne nakręcenie sporu może przyciągnąć na wydarzenie osoby, które nie przychodzą dyskutować, lecz zastraszać, prowokować albo szukać konfrontacji.

Jeżeli za festiwalem stoi kilkuosobowy zespół pracujący po godzinach, bez dużej instytucji, ochrony i zaplecza kryzysowego, taki scenariusz może budzić bardzo realny strach. Bezpieczeństwo zaproszonych osób, publiczności i pracowników kina nie jest czymś, co należy lekceważyć

Ale…

Ale właśnie tutaj pojawia się problem trudniejszy niż proste oskarżenie organizatorów o brak odwagi.

Jeśli presja i potencjalne zagrożenie sprawiają, że znika osoba, przeciwko której ta presja była pośrednio lub bezpośrednio skierowana, to skutkiem jest sytuacja, w której metoda nacisku okazuje się skuteczna. Nie trzeba nikogo formalnie cenzurować. Czasem wystarczy wytworzyć wokół jego lub jej obecności tak duży koszt organizacyjny, reputacyjny albo psychiczny, że ktoś inny sam podejmie decyzję o wycofaniu tematu.

Można więc jednocześnie rozumieć strach organizatorów i uważać konsekwencję ich decyzji za co najmniej niepokojącą.

Właśnie w takich sytuacjach solidarność przestaje być deklaracją, a zaczyna coś kosztować.

Łatwo tworzyć „bezpieczną przestrzeń”, kiedy nikt tej przestrzeni nie kwestionuje lub nie próbuje naruszyć. Trudniej jej bronić, kiedy pojawia się nacisk, ryzyko utraty dobrych relacji, konieczność tłumaczenia się partnerom albo wizja medialnej awantury. Właśnie wtedy okazuje się, kto może pozostać w środku, a kto zostanie wystawiony za drzwi.

Osoby związane z ruchem pro-choice mogą dziś czuć złość, zawód i brak solidarności. Mogą mieć poczucie, że kiedy obecność jednej z najbardziej rozpoznawalnych aktywistek aborcyjnych zaczęła być dla organizatorów kłopotliwa, łatwiej było zrezygnować z niej niż zmierzyć się z presją.

To uczucie jest ważne. Zatrzymajmy się przy nim trochę dłużej.

Czasem jesteśmy po drugiej stronie

Dokładnie w takim momencie można zadać sobie niewygodne pytanie: czy potrafimy rozpoznać mechanizm wykluczenia również wtedy, kiedy sami znajdujemy się po jego drugiej stronie?

Grupą niemal powszechnie wyłączaną poza granice solidarności, także przez środowiska, które same bardzo dobrze znają doświadczenie marginalizacji, przemocy czy walki o podmiotowość, są zwierzęta pozaludzkie. Tak, zwierzęta pozaludzkie są najbardziej wykluczaną i dyskryminowaną grupą społeczną w historii świata.

Nie chodzi przy tym o stawianie znaku równości między odwołaniem debaty o aborcji a systemową eksploatacją zwierząt. To różne sytuacje, różne rodzaje przemocy i różne doświadczenia. Podobny może być jednak mechanizm, w którym solidarność kończy się tam, gdzie zaczyna się realny koszt, dyskomfort albo konieczność zakwestionowania własnych przyzwyczajeń i korzyści.

Zwierzęta są wykluczane ze wspólnoty solidarności praktycznie wszędzie. Bez względu na płeć, orientację, tożsamość, pochodzenie czy poglądy polityczne osób tworzących dane środowisko. Lewica, liberałowie, prawica, feministki, osoby queerowe, działacze ekologiczni, środowiska akademickie i artystyczne mogą różnić się niemal we wszystkim, a jednocześnie niezwykle często spotykają się w jednym miejscu: przy stole, na którym ciało zwierzęcia nadal pozostaje produktem.

fot. Wes Burdett / We Animals

Temat zwierząt bywa niewygodny również tam, gdzie bezustannie mówi się o przemocy, autonomii, podmiotowości, prawach, uprzywilejowaniu i systemowej opresji.

Wtedy bardzo szybko pojawia się własna wersja argumentacji mieszkańców Omelas.

Nie można walczyć o wszystko.

Teraz są ważniejsze sprawy.

Już wystarczająco dużo robię.

Sama należę do grupy dyskryminowanej.

Nie mam siły zajmować się jeszcze zwierzętami.

Mój wybór i tak niczego nie zmieni.

Nie odbierajcie ludziom wszystkiego.

Po całym tym aktywizmie należy mi się przynajmniej ten serniczek i latte.

fot. Jo-Anne McArthur / We Animals

Nie chodzi o to, by do kalendarza aktywistycznego dopisywać kolejną sprawę. Jedną z rzeczy, które każda i każdy z nas może zrobić dla zwierząt, jest po prostu przejście na weganizm.

Weganizm nie wymaga codziennego uczestnictwa w demonstracjach, prowadzenia kolejnej fundacji ani poświęcenia całego wolnego czasu. W najbardziej podstawowym wymiarze jest odmową uczestniczenia — na tyle, na ile jest to możliwe i wykonalne — w systemie wykorzystującym zwierzęta. Nie chodzi więc o to, że komuś ma „nie wystarczyć empatii”. Empatia nie jest kubkiem o określonej objętości, z którego po okazaniu solidarności kobietom, osobom LGBT+, osobom uchodźczym czy z niepełnosprawnościami pozostaje już tylko kilka kropel dla zwierząt.

Pewnie dla wielu osób jest to wręcz niewyobrażalne, ale możemy troszczyć się o więcej niż jedną grupę naraz. I nic przy tym nie tracąc. Naprawdę!

Osoba walcząca o prawa zwierząt nie musi przestać sprzeciwiać się homofobii. Osoba wegańska może bronić prawa do dostępu do bezpiecznej aborcji. Może wspierać osoby queerowe, osoby z doświadczeniem migracji, osoby ubogie czy z niepełnosprawnościami. Nie musi zabierać jednej grupie podmiotowości, aby przyznać ją drugiej.

Oczywiście samo bycie weganką czy weganinem również nie daje żadnego immunitetu moralnego. Wśród osób działających na rzecz zwierząt są ludzie, którzy pozostają obojętni wobec krzywdy innych grup, a czasem wręcz wspierają ich opresorów. Można sprzeciwiać się szowinizmowi gatunkowemu i jednocześnie reprodukować rasizm, ksenofobię, seksizm, homofobię czy transfobię.

To tylko potwierdza jedną rzecz: przynależność do ruchu emancypacyjnego nie gwarantuje automatycznie uniwersalnej wrażliwości na krzywdę.

Ofiara także może być opresorem

Możemy doskonale rozpoznawać przemoc wtedy, kiedy dotyka nas albo grupy, z którą się utożsamiamy, i pozostawać ślepi wtedy, kiedy sami czerpiemy korzyści z określonego porządku.

Mieszkańcy Omelas nie są przecież potworami. To właśnie jest w opowiadaniu Le Guin najbardziej niepokojące.

Oni wiedzą, czym jest współczucie. Kochają swoje dzieci. Tworzą muzykę, sztukę i wspólnotę. Ich moralność nie znika z powodu istnienia dziecka w piwnicy. Przeciwnie — potrafią nawet uznać wiedzę o jego cierpieniu za dowód własnej dojrzałości i wrażliwości.

Można więc być dobrym człowiekiem dla jednych i jednocześnie uczestniczyć w krzywdzeniu innych. Można walczyć o autonomię cielesną człowieka i uważać ciało zwierzęcia za coś, czym wolno nam dysponować. Można sprzeciwiać się uprzedmiotowieniu kobiet i akceptować całkowite uprzedmiotowienie samic innych gatunków, których układ rozrodczy wykorzystujemy do produkcji mleka, jaj czy kolejnych zwierząt przeznaczonych do hodowli. Można mówić o głosie wykluczonych i nie zauważać tych, których głosu nigdy nawet nie dopuszczamy do debaty.

Le Guin pisze wcześniej, że szczęście wymaga umiejętności rozróżnienia między tym, co konieczne, tym, co jedynie przydatne i wygodne, oraz tym, co szkodliwe.

To pytanie warto skierować również do siebie. Ile z tego, co robimy zwierzętom, jest rzeczywiście konieczne? A ile robimy dlatego, że tak zostaliśmy wychowani, bo tak jest łatwiej, taniej, smaczniej, wygodniej albo bardziej towarzysko?

Najważniejsze w opowiadaniu Le Guin jest jednak to, że nie wszyscy mieszkańcy Omelas godzą się na istniejące zasady. Niektórzy po zobaczeniu dziecka wychodzą z miasta, nie wiedzą nawet, dokąd idą. Nie mają gotowej utopii, gwarancji szczęścia ani mapy prowadzącej do świata bez cierpienia. Być może miejsce, do którego zmierzają, w ogóle nie istnieje. A jednak odchodzą. Nie dlatego, że wierzą, iż od tej chwili będą doskonali. Po prostu nie potrafią już zaakceptować warunku, na którym zbudowano ich dotychczasowy świat.

W tym sensie weganizm jest trochę jak odejście z Omelas. Nie oznacza wyjścia poza wszystkie systemy krzywdy. Nie daje moralnej czystości. Nie sprawia, że przestajemy kogokolwiek krzywdzić. Jest jednak odmową przyjęcia pewnego argumentu: wiemy, że ktoś cierpi, ale nasza wygoda, przyjemność, tradycja albo społeczny komfort są wystarczającym powodem, żeby niczego nie zmieniać.

Sprawa odwołanej rozmowy z Natalią Broniarczyk może więc stać się czymś więcej niż kolejnym konfliktem wokół aborcji. Może być momentem, w którym przyjrzymy się własnemu rozumieniu solidarności. Bo najłatwiej domagać się jej wtedy, kiedy sami jej potrzebujemy. Znacznie trudniej zapytać, komu sami jej odmawiamy.

Kto znajduje się w piwnicy naszego Omelas?

I czy kiedy już o nim wiemy, naprawdę wystarczy powiedzieć, że są teraz ważniejsze sprawy?