
Dzień Dziecka.
Mówimy o dzieciach ludzi z czułością i troską. Bronimy ich prawa do życia, bezpieczeństwa i miłości. A jednocześnie każdego dnia odwracamy wzrok od milionów innych dzieci – bo nauczono nas nazywać je inaczej.
Prosięta. Cielęta. Kurczęta. Pasiaki.
Jakby zmiana nazwy sprawiała, że przestają być dziećmi.
To są dzieci świń, krów, kur czy dzików. Tak samo ciekawe świata, tak samo zdolne do odczuwania strachu, bólu i przywiązania. Tak samo chcą żyć.
Tymczasem dzieci krów są odbierane matkom. Dzieci świń są okaleczane i tuczone na śmierć. Dzieci kur są zamykane w halach, gdzie ich życie od pierwszych chwil podporządkowane jest produkcji i zyskowi. Miliony z nich nie dożywają nawet ułamka naturalnej długości życia.
Ilekroć ktoś nazwie cielę, prosię czy szczenię „dzieckiem”, natychmiast pojawiają się oskarżenia o „bambinizm”, antropomorfizację albo „humanizowanie zwierząt”. To osobliwa reakcja, bo nie ma nic nienaukowego w stwierdzeniu, że młody osobnik danego gatunku jest dzieckiem swoich rodziców. Problem nie leży w słowie „dziecko”, lecz w tym, że przypomina ono o czymś, co wolelibyśmy ukryć: że ofiarami naszego systemu żywnościowego, odzieżowego czy rozrywkowego nie są anonimowe produkty, lecz młode, czujące istoty. Zarzut „bambinizmu” często służy więc nie opisowi rzeczywistości, ale obronie komfortu tych, którzy nie chcą się z tą rzeczywistością zmierzyć.
W Dniu Dziecka warto pamiętać, że granica między „naszymi” dziećmi a „ich” dziećmi istnieje głównie w naszych głowach. Dla matki-krowy jej cielę jest dzieckiem. Dla świni jej prosię jest dzieckiem. Dla kury jej pisklę jest dzieckiem.
Każde dziecko zasługuje na współczucie. Nie tylko ludzkie.









