Czy zwierzęta powinny występować w filmach?

Anne Hathaway, aktorka znana z takich filmów, jak Diabeł ubiera się u Prady, Mroczny Rycerz powstaje czy Mroczne wody, powiedziała niedawno — a właściwie: kilka miesięcy temu, bo wywiadu dla Complex udzieliła w kwietniu — że filmy, w których ginie pies, powinny automatycznie otrzymywać kategorię R (filmy oznaczone tą kategorią zawierają treści przeznaczone dla dorosłych; osoba mająca poniżej 17 lat może wejść na seans tylko w towarzystwie dorosłego opiekuna – więcej na ten temat w artykule, który ukazał się w kwartalniku Ekrany):

Nieważne, czy ktoś przeklina, nieważne, czy jest przemoc — jeśli ginie pies, kategoria R” — mówiła aktorka, nawiązując również do Johna Wicka i obaw widzów o los psa występującego w The End of Oak Street.

Kilka dni temu Variety przypomniało jej słowa i wtedy wypowiedź zaczęła żyć drugim życiem w mediach, także polskie media wzięły ją na tapet.

fot. Elena Ternovaja, CC BY-SA 3.0

Wypowiedź Hathaway dotyka bardzo ważnej kwestii: widzowie po prostu nie chcą oglądać krzywdzenia zwierząt. Pojawienie się np. psa w thrillerze, dramacie czy horrorze potrafi wręcz uruchomić natychmiastowe pytanie: czy psu coś się stanie? My mieliśmy tak chociażby w przypadku filmu Dom dobry, który pokazuje różne mechanizmy przemocy domowej.

Można jednak zadać inne pytanie: dlaczego ten pies w ogóle „musi” w tym filmie grać?

Bo przecież pies nie ma potrzeby występowania przed kamerą. Nie marzy o karierze aktorskiej, nie potrzebuje popularności, nie czeka na premierę filmu, przechadzanie się po czerwonym dywanie czy pozowanie na ściance, nie interesuje go nazwisko reżysera ani wysokość honorarium. To samo dotyczy konia, małpy, tygrysa, słonia, papugi czy każdego innego zwierzęcia. Taką potrzebę mają ludzie.

Producent potrzebuje określonego ujęcia. Reżyser chce osiągnąć określony efekt. Treser chce wykonać swoją pracę. Opiekun — w kontekście zwierząt wykorzystywanych komercyjnie bardziej adekwatnym słowem będzie po prostu właściciel — chce udostępnić zwierzę produkcji i otrzymać za to wynagrodzenie. Widz ma dostać atrakcyjną scenę. Zwierzę jest tu tylko środkiem do realizacji ludzkiego celu.

Właśnie dlatego dyskusja o zwierzętach w filmach nie powinna zaczynać się dopiero w momencie, gdy któreś zostaje — przypadkowo bądź celowo — pobite, ranne albo zabite (aczkolwiek to już nie te

czasy, gdy reżyser każe ekipie zrzucić konia w przepaść — zajrzyjcie do artykułu Katarzyny Kebernik). Etyka nie sprowadza się przecież do pytania: czy zwierzę przeżyło lub czy zwierzę zostało ranne. Można nie złamać psu łapy, a mimo to narażać go na stres, wielokrotnie powtarzać scenę, zmuszać do wykonywania zachowań, których sam nigdy by nie podjął, przewozić pomiędzy planami, otaczać obcymi ludźmi, światłem, kamerami, hałasem czy efektami specjalnymi. Zwierzę nie rozumie przecież, że bierze udział w fikcji. Nie wie, czym jest dubel, scenariusz ani efekt końcowy.

„No Animals Were Harmed”

Hollywood od lat próbuje odpowiadać na podobne wątpliwości certyfikatem No Animals Were Harmed. Obecnie program prowadzony przez American Humane Society deklaruje, że produkcje ubiegające się o pełną certyfikację są nadzorowane przez przedstawicieli organizacji podczas scen z udziałem zwierząt, a przed przyznaniem oznaczenia sprawdzana jest również ukończona wersja filmu. Organizacja przedstawia system jako standard humanitarnego traktowania „zwierzęcych aktorów”.

Problem w tym, że historia tego certyfikatu pokazuje, iż napis wyświetlany na końcu filmu nie powinien być traktowany jak moralne rozgrzeszenie całej produkcji.

kadr z filmu „Ben Hur” (1959)
fot. Sheila Y, CC BY-NC-ND 2.0

W 2013 roku PBS News opisywał ustalenia obszernego śledztwa The Hollywood Reporter dotyczącego działalności American Humane Association, jak wówczas nazywała się organizacja. Zarzuty były poważne: przypadki obrażeń i śmierci zwierząt miały być bagatelizowane lub niedostatecznie raportowane, a oznaczenie trafiało również do produkcji, podczas których dochodziło do niepokojących zdarzeń.

Lista była długa. Tygrys bengalski omal nie utonął podczas realizacji Życia Pi. Przy produkcji serialu Luck zginęły trzy konie. Na planie Eight Below trener wielokrotnie uderzył psa husky — organizacja tłumaczyła później, że interwencja miała przerwać walkę psów. Podczas realizacji Failure to Launch opiekun upuścił pręgowca, a następnie na niego nadepnął, zabijając zwierzę. Ponad dwadzieścia zwierząt, m.in. owce i kozy, miało zginąć z odwodnienia i wyczerpania podczas przerwy w produkcji Hobbita: Niezwykłej podróży. PBS zwracał też uwagę na 14 koni rannych przy Opowieściach z Narnii: Księciu Kaspianie. Mimo tych zdarzeń wymienione produkcje otrzymywały oznaczenia związane z programem.

American Humane odpierała zarzuty, podkreślając bardzo wysoki poziom bezpieczeństwa oraz wskazując, że część opisywanych śmierci wydarzyła się poza planem albo nie miała związku z wykonywaną przez zwierzęta „pracą”. To istotne zastrzeżenie — ale zarazem doskonale pokazuje ograniczenie samego certyfikatu. „No Animals Were Harmed” nie musi znaczyć tego samego co: „wykorzystanie zwierząt przy powstawaniu tego filmu było etyczne”.

Można przestrzegać najbardziej rygorystycznych procedur i nadal przyjmować za oczywistość coś znacznie bardziej podstawowego: że zwierzę jest zasobem, którym człowiek ma prawo dysponować dla rozrywki (weganie i weganki, brzmi znajomo, czyż nie?).

Ile warte jest dobre ujęcie?

O tym, do czego może prowadzić podporządkowanie zwierzęcia potrzebom obrazu, opowiadał Marcin Kostrzyński, polski operator i przyrodnik, autor m.in. książki Gawędy o wilkach i innych zwierzętach oraz Przyrodyjki.

Pracował kiedyś przy realizacji filmów przyrodniczych w Ameryce Południowej. W rozmowie z Gazeta.pl wspominał kulisy powstawania materiałów, które dla widza wyglądały później jak spontaniczne obrazy dzikiej natury. Jak mówił, zbliżenie małpy mogło w rzeczywistości przedstawiać zwierzę kupione od miejscowych ludzi i przywiązane do drzewa. Opisywał też miejsce w dżungli, w którym zwierzęta były przetrzymywane w klatkach i eksploatowane na potrzeby kolejnych zdjęć.

Jego granicą okazała się historia leniwca.

Filmowcy chcieli uzyskać piękne ujęcie zwierzęcia płynącego w krystalicznie czystej wodzie. Problem polegał na tym, że taka scena nie występowała tam naturalnie. Zbudowano więc basen, umieszczono w nim kamerę i wielokrotnie wrzucano leniwca do wody. Aż w końcu zwierzę się utopiło.

Kostrzyński mówił przy tym o ekonomicznej pokusie stojącej za podobnymi działaniami: za efektowne sceny płacono ogromne pieniądze. I pojawia się wtedy pytanie, które jest zarazem pytaniem o cały przemysł wykorzystujący zwierzęta: ile warte jest życie zwierzęcia, kiedy po drugiej stronie leżą pieniądze, prestiż i materiał, którego nie ma konkurencja?

To szczególnie ważny przykład, bo nie dotyczy nawet filmu fabularnego. Widz ogląda „film przyrodniczy” i zakłada, że obserwuje naturę, a nie zwyczajną ustawkę. Tymczasem obraz może być wyreżyserowany, a za kilkunastoma sekundami zachwycającego materiału może kryć się historia, której kamera już nie pokazuje.

Zdjęcie nie jest ważniejsze od zwierzęcia

Można działać inaczej. Bardzo dobrą zasadę przyjął choćby Związek Polskich Fotografów Przyrody (ZPFP). W jego Kodeksie Etycznym znajdują się dwa niezwykle ważne punkty:

  • Fotografia przyrodnicza powinna (…) potępiać egoistyczne poszukiwania fotograficznych sensacji.
  • W terenie, na pierwszym miejscu muszą być stawiane: bezpieczeństwo zwierząt i niezakłócanie ich życia, zwłaszcza w okresie rozrodczym.

Jeszcze ważniejsze jest przesłanie otwierające kodeks: dobro fotografowanego zwierzęcia i jego środowiska są znacznie ważniejsze od wykonania zdjęcia. ZPFP idzie zresztą dalej: nie akceptuje m.in. unieruchamiania kręgowców na potrzeby fotografii czy używania żywych zwierząt jako przynęty i podkreśla zasadę „po pierwsze — nie szkodzić przyrodzie”.

I to jest bardzo dobre podejście. Czy popularne w środowisku fotografów przyrody? Wątpimy.

Właściwie trudno znaleźć powód, dla którego podobna zasada nie miałaby obowiązywać w kinie, telewizji, reklamie czy internecie: żadne ujęcie nie jest ważniejsze od zwierzęcia.

Nie tylko jego życia. Także jego bezpieczeństwa, komfortu, możliwości realizowania własnych potrzeb i prawa do tego, by nie zostać wykorzystanym tylko dlatego, że człowiek uznał, iż dzięki niemu scena będzie bardziej efektowna.

Technologia filmowa daje dzisiaj ogromne możliwości: CGI, animatronika, compositing, materiały archiwalne. Oczywiście również one nie rozwiązują wszystkich problemów, ale powinny skłaniać do zadania prostego pytania: jeżeli daną scenę możemy stworzyć bez używania żywego zwierzęcia, po co w ogóle je do niej angażować?

Jacques Gastineau i jego animatroniczny niedźwiedź (1998)
fot. Blickorg, CC BY-SA 4.0

Anne Hathaway powiedziała, że film, w którym ginie pies powinien automatycznie otrzymywać kategorię R. Może jednak warto pójść trochę dalej?

Może warto zastanowić się, dlaczego wciąż tak oczywiste wydaje nam się, że zwierzęta mają występować dla naszej rozrywki. Bo one takiej potrzeby nie mają.

My ją mamy. My — ludzie.

Jak to napisał Tadeusz Różewicz w Unde malum?:

Skąd się bierze zło?
jak to skąd

z człowieka
zawsze z człowieka
i tylko z człowieka