
Obecność mięsa w sklepach, restauracjach, na naszych talerzach i w naszej kulturze, jest dzisiaj całkowicie transparentna. Jest to produkt łatwo dostępny, tani i w jakiś sposób „domyślny” (wie o tym każda osoba na diecie wegańskiej i wegetariańskiej, która kiedykolwiek próbowała korzystać z oferty gastronomicznej poza dużymi miastami). Jednak cała potężna machina jego powstawania jest schowana przed publicznym widokiem. Dostatek mięsa ma swoje rozmaite ukryte koszty, przeniesione z konsumentów gdzieś indziej, aby można było zachęcać ich atrakcyjnymi cenami. Coraz głośniej mówi się o konsekwencjach środowiskowych: o znaczącym udziale tego przemysłu w wytwarzaniu gazów cieplarnianych, a także o wielkim zużyciu wody i energii, niewspółmiernym do ilości wyprodukowanej żywności. Produkcja tylko jednego wołowego burgera pochłania ponad 3000 litrów wody1 (w porównaniu do niecałych 200 litrów w przypadku burgera roślinnego). Jest jednak jeszcze jeden rodzaj kosztów „outsourcowanych” na zewnątrz, nie dotykających konsumentów bezpośrednio: psychologiczne konsekwencje zabijania zwierząt w skali przemysłowej.
Co to znaczy skala przemysłowa?
A skala jest rzeczywiście potężna: w Polsce konsumpcja mięsa jest niemal dwukrotnie większa od średniej światowej (która według OECD wynosi około 44-45 kg na osobę rocznie)2. W Unii Europejskiej średnie spożycie produktów mięsnych dochodzi do 68 kg, w naszym kraju zaś znacznie wyprzedzamy i ten wynik: według GUS na jednego polskiego obywatela przypada aż 75-80 kg zjadanego mięsa na rok3. Polska jest też jednym z czołowych eksporterów mięsa w Europie. Za tą wszechobecnością i dostępnością stoi gigantyczny przemysł, od którego realiów, jako konsumenci, jesteśmy całkowicie odseparowani. Trudno wyobrazić sobie drogę, jaką przeszło mięso sterylnie zapakowane na półce sklepowej, lub estetycznie podane w restauracji, i większość osób je spożywających rzeczywiście starannie unika takich rozważań. Nie wszyscy jednak mają ten komfort – mimo szerokiej automatyzacji, przemysł ten zatrudnia w Polsce nawet do stu tysięcy osób, z czego niemal połowa to fizyczni pracownicy rzeźni4. Rocznie zabija się w nich (około) 2,3 mln krów, 20 mln świń i 1,5 mld [sic!] kurcząt5.

Polskie i unijne prawo nakłada na rzeźnie i hodowle przemysłowe obowiązek zapobiegania wszelkiemu możliwemu do uniknięcia cierpieniu zwierząt. Mają być przetrzymywane i transportowane w odpowiedniej przestrzeni, a przed śmiercią ogłuszane i pozbawiane świadomości. Tyle w teorii. W praktyce branżą tą rządzi chłodna kapitalistyczna standaryzacja procesów, a priorytetem jest wydajność. Trudno mówić o jakimkolwiek „dobrostanie” zwierząt w zakładach, gdzie zabija się je na linii produkcyjnej, których struktura przypomina logistykę obozów zagłady III Rzeszy. A uchybienia w przestrzeganiu nawet tych minimalnych zasad ograniczania bólu, są powszechne6. Cierpienie zwierząt zabijanych na mięso jest niezaprzeczalne. Ale pewien aspekt tego procesu jest często pomijany: co dzieje się z człowiekiem stojącym przy tej linii produkcyjnej? Przecież tak gigantyczna konsumpcja mięsa jest w dużej mierze związana z tym, że jedząc je nie musimy konfrontować się z procesem jego powstawania. Większość osób nie byłaby skłonna by samodzielnie zabić zwierzę, mając nieograniczony dostęp do innych pełnowartościowych źródeł pożywienia. Ale są przecież ludzie, którzy robią to za nas. Co dzieje się z psychiką człowieka, który codziennie, godzinami, taśmowo wykrwawia setki zwierząt, czasami żywcem, źle ogłuszone, półprzytomne i wierzgające? Dzień w dzień, przez miesiące i lata?
Koszty jednostkowe
Jednoznacznej odpowiedzi nie ma, bo przeprowadzenie badań klinicznych nie jest możliwe bez współpracy ze strony przemysłu, któremu zależy na wzroście, a co najmniej na zachowaniu status quo. W Polsce, ze względu na silne lobby i wrośnięcie konsumpcji mięsa w kulturę, bardzo trudno je zakwestionować. W wielu krajach powstały jednak opracowania wskazujące na dewastujący wpływ tego rodzaju pracy na psychikę. Ich metaanalizę przeprowadziły w 2023 roku badaczki Kent University: Jessica Slade i Emma Alleyne7. Poprzez porównanie wyników badań z użyciem różnych metod (wywiadów, kwestionariuszy, analiz danych populacyjnych), wyciągnęły wniosek, że zatrudnienie w przemyśle mięsnym idzie w parze z podwyższonym ryzykiem zaburzeń psychicznych: depresji, stanów lękowych, uzależnień, uciążliwych koszmarów. Częściowo jest to związane z warunkami pracy przy linii produkcyjnej i stresem spowodowanym wymuszonym, zawrotnym tempem. Jednak w przytaczanych wywiadach badani pracownicy wymieniają także doświadczenia szoku, wstrząsu, wstydu i poczucia winy
– emocji związanych z pierwszym zabiciem zwierzęcia, które z czasem musieli nauczyć się tłumić. Rachel MacNair, amerykańska socjolożka, psycholożka i ekspertka w dziedzinie badań nad zespołem stresu pourazowego, wyodrębniła związane z tym zaburzenia jako podtyp PTSD – traumę związana z byciem sprawcą przemocy.

Jeden z bohaterów filmu dokumentalnego o przemyśle mięsnym The Dying Trade, były pracownik rzeźni, mówi:
Pracując tam, robi się niewyobrażalne rzeczy. Tak, wybraliśmy tę pracę. A być może zostaliśmy do niej wysłani przez agencję pośrednictwa, w drodze ostateczności. Bo rzeźnia to jest ostateczność. To ostatni przystanek pomiędzy zatrudnieniem a bezrobociem. Nie da się upaść niżej.
Logicznym następstwem często okazują się nieadaptacyjne sposoby radzenia sobie ze stresem, jak nadużywanie alkoholu czy narkotyków. Ale problem niestety nie kończy się na samych pracownikach tego przemysłu. Strategią przetrwania i rozładowania nagromadzonego napięcia bywa w tych populacjach również agresja, rozlewająca się poza pracę na inne obszary życia.
Złamane społeczności
Powieść Uptona Sinclaira z 1906 roku, „Grzęzawisko”, przedstawia brutalną rzeczywistość litewskich imigrantów, zatrudnionych w gigantycznym kompleksie zakładów mięsnych na obrzeżach Chicago. Zbierając materiały do książki, autor rzeczywiście spędził kilka tygodni w takim zakładzie, by jak najwierniej oddać dystopijne realia tego przemysłu i to, jak wpływa na pracujących w nim ludzi. Choć chicagowski kompleks już od dawna nie istnieje, posłużył jako symbol naukowcom z University of Windsor i Michigan State University. W 2009 przeprowadzili oni badanie wpływu obecności rzeźni na lokalne społeczności, w którym nawiązali do powieści Sinclaira. Chodzi o analizę zatytułowaną „Slaughterhouses and Increased Crime Rates: An Empirical Analysis of the Spillover From The Jungle Into the Surrounding Community” (Rzeźnie i wzrost przestępczości – empiryczna analiza wpływu Grzęzawiska na lokalną społeczność)8. Autorzy przeanalizowali dane z amerykańskich hrabstw, dotyczące statystyk przestępczości i struktury zatrudnienia. Uwzględniając wpływ takich czynników jak struktura demograficzna, poziom bezrobocia czy ubóstwa, porównano ze sobą hrabstwa z dominującą obecnością różnych przemysłów. Badanie ujawniło wyraźną korelację pomiędzy obecnością rzeźni jako kluczowego dla – regionu pracodawcy, a zwiększoną liczbą przestępstw z użyciem przemocy. Choć zastosowana metoda nie może wykazać jednoznacznego związku przyczynowo skutkowego, trudno nie pokusić się o interpretację, że ciągła ekspozycja na zabijanie zwierząt powoduje swego rodzaju zobojętnienie na przemoc.

Kompleks ferm czy ubojni może zatrudniać setki, a nawet tysiące osób, stając się głównym lokalnym pracodawcą. Autorzy wspomnianego badania stawiają tezę, że społeczności zdominowane przez takie zakłady doświadczają ich destrukcyjnego wpływu, zupełnie innego niż w przypadku innych obszarów przemysłu. Psychiczny ciężar miesięcy i lat spędzonych w pracy skoncentrowanej na przemocy musi gdzieś znaleźć ujście. Może kierować się do wewnątrz, prowadząc do depresji czy lęku. Ale może też manifestować się na zewnątrz, determinować zachowania poza pracą i wpływać na tworzenie się kultury agresji. System ten generuje nie tylko cierpienie zwierząt, wypuszcza też na świat psychicznie okaleczonych ludzi.

Choć w Polsce trudno o przebicie się podobnych perspektyw, pewne problemy zyskują jednak na rozgłosie. Coraz częściej dochodzi do protestów społeczności sąsiadujących z fermami przemysłowymi. W 2023 roku na łamach Krytyki Politycznej ukazał się wywiad Marty Sapały z mieszkankami wsi, w której od lat przybywa inwestycji związanych z przemysłem mięsnym9. Opisują wieloletnią, wyczerpującą walkę administracyjną, jaką podejmują przy wsparciu lokalnej społeczności, sprzeciwiając się budowom kolejnych gigantycznych chlewni, kurników czy tuczarni:
Kierunek, w jakim idzie nasza gmina, jest przerażający. Ta część Wielkopolski to drobiowe zagłębie podobne do tego w Żurominie. Fermy się integrują i rozwijają pionowo, obrastają w wylęgarnie, paszarnie, ubojnie, infrastrukturę do przerobu odchodów. Policzyłam kiedyś na prośbę Green REV Institute, ile inwestycji jest w całym powiecie grodziskim. 53!
Wpływ takich obiektów na otoczenie jest namacalny i trudny do zignorowania: smród odchodów i rozkładających się szczątków, skażone powietrze, gleba i woda, hałas. Mieszkańcy wsi żyją w stresie i doświadczają uciążliwych problemów zdrowotnych. Zdarzało się, że od smrodu z chlewni bolała mnie głowa. Chodziłam poirytowana, wściekła, non stop przeklinałam. Nie da się udowodnić związku, ale mam też chrypę, podrażnienie gardła, ścisk w krtani, który pewnie jest też na tle nerwowym. Była taka wigilia, że mogłam przełknąć tylko herbatę – opowiada jedna z kobiet. Społeczność ponosi też wynikające z tej sytuacji koszty psychologiczne – aktywistki opisują frustrację i wypalenie długą, nierówną walką z inwestorami. Ale są też problemy związane z życiem w nieustającym odorze: zaburzenia snu, stany obniżonego nastroju, objawy psychosomatyczne na tle nerwowym.
Wieś może pachnieć obornikiem, sianem, lipą, kurzem, ziemią po deszczu. Ale nie może być tak, żeby z powodu zapachów człowiek nie był w stanie żyć.

Różne perspektywy
Wpływ przemysłu mięsnego globalnie na zmiany klimatu jest niezaprzeczalny i dobrze opisany10. Jego długofalowa niewydajność również nie budzi wątpliwości – nie wystarczy nam planety na to, by wszyscy ludzie na świecie zjadali tyle produktów odzwierzęcych, co mieszkańcy USA czy Unii Europejskiej. Choć wszyscy to wiemy, te fakty wielu osobom zdają się nie dotyczyć ich osobiście, są zbyt odległe, by zaważyć na decyzjach konsumenckich i żywieniowych. Cierpienie zwierząt, ukryte przed wzrokiem konsumentów, również wydaje się czymś abstrakcyjnym. A przecież istnieje jeszcze perspektywa ludzi, którzy ponoszą osobiste koszty tego przemysłu – bezpośrednie i bardzo namacalne. Są podstawy by przypuszczać, że za jakiś czas ludzkość zrewiduje swoje relacje z innymi gatunkami, a na chów przemysłowy będzie spoglądać wstecz tak jak na inne wstydliwe momenty w swojej historii: niewolnictwo, kolonializm, ograniczanie praw kobiet. Korzyści z pewnością odnieślibyśmy wszyscy – jednostki, społeczności i cała planeta.
PRZYPISY
- https://www.cambridge.org/core/journals/renewable-agriculture-and-food-systems/article/comparative-analysis-of-the-water-and-carbon-footprints-of-hybrid-plantbased-and-animalbased-burgers/7CA8D4E9D76CA2FF5CC5033B1C505395 ↩︎
- https://www.oecd.org/en/data/indicators/meat-consumption.html ↩︎
- https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/roczniki-statystyczne/roczniki-statystyczne/rocznik-statystyczny-rolnictwa-2025,6,19.html ↩︎
- https://stat.gov.pl/files/gfx/portalinformacyjny/pl/defaultaktualnosci/5477/9/8/1/przemysl_wyniki_dzialalnosci_2024.pdf ↩︎
- https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/rolnictwo-lesnictwo/produkcja-zwierzeca-zwierzeta-gospodarskie?contrast=default ↩︎
- https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/spojnosc-i-infrastruktura/nik-o-nadzorze-nad-transportem-i-ubojem-zwierzat-gospodarskich.html ↩︎
- https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC10009492/ ↩︎
- https://www.researchgate.net/publication/249701326_Slaughterhouses_and_Increased_Crime_Rates_An_Empirical_Analysis_of_the_Spillover_From_The_Jungle_Into_the_Surrounding_Community ↩︎
- https://krytykapolityczna.pl/kraj/smrod-budzi-mnie-nad-ranem/ ↩︎
- https://www.un.org/en/climatechange/science/climate-issues/food ↩︎
