Nie chodzi o to, by „uczłowieczać” psa. Chodzi o to, by przestać go uprzedmiotawiać – polemika z KJ.

Ostatnio trafiliśmy na tekst Konstantego Pilawy opublikowany na stronie Klubu Jagiellońskiego zatytułowany Zaciera się kulturowa granica między człowiekiem a zwierzęciem. Postanowiliśmy się nad nim pochylić.

Felieton Konstantego Pilawy stawia tezę, że „zaciera się kulturowa granica między człowiekiem a zwierzęciem”, a przejawem tego ma być rosnąca humanizacja psów i kotów. Autor sugeruje, że zjawisko to jest niepokojące – „nie jest to dobre ani dla ludzi, ani dla zwierząt”. Czyżby?

Autor słusznie zauważa wzrost społecznej wrażliwości – zamknięcie schroniska w Sobolewie, w które zaangażowała się Doda, czy reakcje polityków, w tym premiera Donalda Tuska. Czy jest to, zwłaszcza w przypadku polityków, wrażliwość „polityczna” (w końcu niewiele osób chce być postrzeganych jako zwolennicy znęcania się nad zwierzętami), czy rzeczywista – można ocenić po działaniach, a nie deklaracjach, wszak „poznacie ich po ich owocach”.

Większa wrażliwość to nie jest jednak „wahadło przechylone w drugą stronę”, lecz element długiego procesu cywilizacyjnego: od traktowania zwierząt jako rzeczy ku uznaniu ich za istoty zdolne do odczuwania, w tym odczuwania cierpienia.

Problem polega na tym, że felieton buduje retoryczną oś: z jednej strony patologia (schronisko „Happy dog” w Sobolewie), z drugiej – „lody dla psów” czy wózek dziecięcy. W ten sposób powstaje sugestia, że troska o dobrostan łatwo przechodzi w groteskę. Tymczasem to zestawienie jest nieuprawnione. Okrucieństwo jest naruszeniem elementarnych norm prawnych i etycznych; zakup psich lodów – co najwyżej wyborem konsumenckim, który nie narusza niczyich praw.

Nie ma tu symetrii.

Felieton operuje pojęciem „humanizacji zwierząt” jako czymś podejrzanym. Z punktu widzenia etyki praw zwierząt problem jest postawiony odwrotnie: przez stulecia odmawialiśmy zwierzętom statusu moralnego, mimo że wiedzieliśmy – i dziś wiemy to z całą pewnością naukową – że są zdolne do odczuwania bólu, lęku, stresu czy przywiązania.

Uznanie, że pies nie powinien być całymi dniami zamknięty w ciemnym mieszkaniu, że wymaga zbilansowanej diety i opieki behawioralnej, nie jest „antropomorfizacją”. Jest konsekwencją wiedzy z zakresu etologii i weterynarii.

Jeżeli ktoś obchodzi urodziny psa, to nie dlatego, że uważa go za człowieka, lecz dlatego, że traktuje relację ze zwierzęciem jako relację znaczącą. W języku kultury używamy symboli – tortu, prezentu, świąt – aby wyrazić więź. To nie znosi różnicy gatunkowej; to nadaje jej wymiar relacyjny.

Najważniejsza część felietonu dotyczy rzekomego „filozoficznego źródła” zjawiska: naturalizmu, który miałby sprowadzać człowieka do „nieco bardziej inteligentnego zwierzęcia”. Autor sugeruje, że jeśli przyjmiemy taką perspektywę, to będziemy zmuszeni do „takiego samego traktowania” ludzi i zwierząt.

To klasyczny chochoł.

Etyka praw zwierząt nie postuluje identycznego traktowania, lecz równe uwzględnianie interesów. Interes psa w unikaniu bólu jest moralnie istotny nie dlatego, że pies jest „jak człowiek”, lecz dlatego, że potrafi cierpieć. Różnice poznawcze między gatunkami są faktem, ale nie uzasadniają dowolności w zadawaniu cierpienia.

Granica biologiczna istnieje. Pytanie brzmi: czy ma być granicą współczucia?

W felietonie pojawia się sugestia – podana wprawdzie z dystansem – że troska o zwierzęta może mieć związek z kryzysem demograficznym czy „zastępowaniem dzieci psami”. Tego rodzaju teza nie jest poparta żadnymi danymi. To raczej publicystyczny trop, który ma nadać zjawisku rys społecznej dekadencji.

Relacja człowiek–zwierzę nie konkuruje z relacją rodzicielską. Dla wielu osób pies jest towarzyszem, dla innych członkiem rodziny, dla jeszcze innych – jedynie zwierzęciem domowym. Żaden z tych przypadków nie oznacza automatycznie decyzji o (nie)posiadaniu dzieci.

Łączenie tych kwestii ma charakter ideologiczny, nie analityczny.

Autor kończy tezą, że „zacieranie granicy” nie jest dobre ani dla ludzi, ani dla zwierząt. Nie wskazuje jednak konkretnych szkód. Czy cierpią psy karmione lepszą karmą? Czy społeczeństwo ubożeje moralnie, gdy reaguje oburzeniem na znęcanie się nad zwierzętami?

Z naszej perspektywy realnym zagrożeniem nie jest nadmiar empatii, lecz jej selektywność. Wciąż akceptujemy przemysłowe hodowle, eksperymenty na zwierzętach, masową eksploatację. Na tym tle lody dla psa jawią się jako marginalny epizod kultury konsumpcyjnej, a nie cywilizacyjny przełom.

Autor słusznie pyta, jak powinna wyglądać zdrowa relacja człowieka ze zwierzęciem. Z naszej perspektywy odpowiedź jest jasna: taka, która łączy wiedzę naukową o potrzebach gatunkowych z uznaniem zwierzęcia za podmiot odczuwający.

Nie chodzi o to, by „uczłowieczać” psa. Chodzi o to, by przestać go uprzedmiotawiać.

Jeżeli kultura Zachodu rzeczywiście zmienia się w tym kierunku, to nie jest to oznaka kryzysu, lecz dojrzewania moralnego. Granica między człowiekiem a zwierzęciem biologicznie pozostaje wyraźna. To, co się zmienia, to gotowość do włączenia zwierząt w krąg naszej odpowiedzialności.

I to jest zmiana, której nie należy się obawiać.